niedziela, 6 marca 2016

O portfelu pełnym kasy, i o podartych spodniach na dupie.

Zapraszam do grupy Kobieta i Mężczyna na FB - tam wszystko co aktualne w temacie.


Ostatnio coraz więcej trafia do mnie klientów z tematem pieniędzy, sukcesu, celu zawodowego, zawodowego spełnienia, zwiększenia wydajności firmy. Z jednej strony są to osoby, które zarabiają całkiem sporo, ale kasa nie daje im nic, poza matematycznymi cyferkami, które układają się w liczbę na ich koncie. Po prostu mają pieniądze, ale nie umieją się z nich cieszyć. Trafiają też tacy, którzy nie lubią poniedziałków, a to przecież do cholery wcale, nie o poniedziałki chodzi, tylko o to, że masz do dupy robotę, która Cię nie satysfakcjonuje, i dlatego tak ciężko rano wstać, bo po weekendzie trzeba się po prostu obudzić. Inni mówią natomiast o swoim kulawym szefie, i o tym, że siedzą w jakiejś tam firmie tylko dlatego, że jest do zapłacenia kredyt, rachunki, i po prostu pomijając te całe ich historie, w których starają się utrzymać ładną maskę na twarzy chodzi o to, że po prostu się bardzo boją. Jeszcze inni utknęli w korporacjach i skrzętnie schowali się za jednym z kilku tysięcy monitorów, tak, że ich po prostu nie widać, i tak siedzą sobie cichutko, i przez osiem godzin częściowo udają, że coś robią, a tak naprawdę to  boją się, że przy kolejnych restrukturyzacjach trafi po prostu na nich, i podzielą los ludzi, którzy dostali od losu dodatkową ścieżkę kariery, taką poza obrębem danej organizacji - zewnętrzną. Inni mówią o swoich dramatach. Np.. O tym, że pracowali przez 12 lat w jakiejś firmie, i zostali potraktowani źle. Zostali wyrzuceni, i od tamtej pory błąkają się po rynku pracy. To tak zwani skoczkowie. Trzy miesiące tu, potem sześć miesięcy gdzie indziej, potem przycupną gdzieś na rok, jednak rana, która została im zadana w ich Almamater wciąż krwawi, i cholera jasna, nie da się ruszyć dalej, jeżeli nie zobaczą co otrzymali, u tego pracodawcy, póki nie pochylą się z szacunkiem dla organizacji, zejdą z piedestału, który im w dupach poprzewracał i nie staną dwoma nogami na ziemi, tak aby poczuć pod podeszwami grunt, i swoje dobre na nim miejsce. 
Zasadniczo piszę o mężczyznach i kobietach, ale nie da się pominąć tematu zarabiania keszu, szmalu, gotówy, kasy, mamony, siana, sianulca - w wersji light – mowa o pieniądzach, dla tych, którzy mniej są zapoznani z nomenklaturą. Pominę rozwijanie wątku dotyczącego tego, że na temat pieniędzy mamy bardzo posrane przekonania. Kiedyś byłem na warsztacie, na którym wypisywaliśmy jako grupa przekonania związane z pieniędzmi. Oto tylko niektóre z nich.  

Pieniądze szczęścia nie dają. Szybciej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż bogacz dostanie się do raju. I kolejne typu, kto ma szczęście w pieniądzach, nie ma szczęścia w miłości, albo na odwrót, jak kto woli. Czy z takim pakietem przekonań da się mieć szczęśliwą rodzinę, i zarabiać godne pieniądze?  

Dlaczego pieniądze stawia się często w opozycji do miłości i udanego związku? Gdzie tu sprzeczność? Chodzi o te kody i programy z zamierzchłej przeszłości, że ktoś kogoś przehandlował za trzydzieści srebrników? Stąd, te pomysły o tym, że pieniądze śmierdzą? Proponuję ćwiczenie, które kiedyś sam otrzymałem od pewnej osoby. Zacznijcie wyciągać bilon z portfela, i go po prostu myć. Tak, normalnie pod ciepłą czy tam zimną wodą z mydłem. Po prostu myjcie pieniądze, aby do podświadomości przekazać informację, o tym, że pieniądze są czyste. Czyste, pięknie błyszczące, i pachnące. Głupie? Może i tak, ale wiem, że działa. 

Wczoraj klientka napisała do mnie, że siedzi na jakimś etacie, i nie przyjdzie do mnie na warsztat bo jej nie stać, że za drogo, że to dla niej nieosiągalne. I co powinienem z tym zrobić? Zrobić jej rabat? Pracować z nią pro bono? Zaprosić na warsztat, i dać jej to od siebie? Brzmi naprawdę nieźle. Naprawdę dobry człowiek by ze mnie był, tak patrząc na mnie w kategoriach moralno - tycznych. Czy naprawdę? Widocznie jestem sukinsynem, bo tego nie zrobiłem. Kiedyś tak robiłem, ale zauważyłem, ze to nie działa, chociaż jest w tym jakaś wartość. Jak ktoś chce się postawić wyżej, ponad innymi to może tak zrobić. Poniesie potem konsekwencje, ale przez moment może być przyjemnie wejść głową w chmury, i podreperować swoje małe nieukochane, nieutulone Ego.  

Ostatnio chciałem ściągnąć do Polski człowieka, który robi piękne bębny, takie szamańskie. Zapytałem się go, ile bierze za taki warsztat, który trwa nomen omen trzy dni. Powiedział jakąś niską cenę, w okolicach 400 zł. Zapytałem się, go czy jeżeli warsztat będzie kosztował dwa razy więcej, to czy się nie obrazi. Odpowiedział, że się nie obrazi, bo się nie zgodzi na taką cenę. Zapytałem się dlaczego się nie zgodzi na taką cenę? Odpowiedział, że On tego nie robi dla biznesu, tylko z potrzeby serca. I dodał, co ciekawe, że On nie przyjedzie na taki warsztat, bo to co on robi, to robi dla ludzi, którzy idą za głosem własnego serca, a nie za chęcią zysku. Powiedziałem, że dla mnie jedno z drugim nie jest sprzeczne, i zarabianie godnych pieniędzy za swoją pracę, nie stoi dla mnie w sprzeczności z pójściem za głosem serca, do cholery jasnej. Za godne pieniądze mogę dać swoim dzieciom godną jakość, a nie bylejakość. Za godne pieniądze stać mnie na zapłacenie rachunków, które wynikają z rozwoju i funkcjonowania mojej rodziny. Nie muszę ich skazywać na telefony z windykacji, i wizyty dziwnych panów. Za godne pieniądze mogę dać moim dzieciom, mojej żonie godne życie. Takie, w którym jest czas na pracę, ale jest też czas na odpoczynek, i czas na robienie sobie małych przyjemności. Ostatecznie za pieniądze kupiłem mojej żonie, obrączkę, za złota, którą chcę, aby traktowała jako symbol mojej przysięgi. Za pieniądze wyprawiliśmy piękne wesele, na którym mogli dobrze się bawić Ci, którzy byli i są dla nas ważni, jako ludzie. I co tutaj stoi w sprzeczności pójścia za głosem serca? Pieniądze to życie. To realna energia, którą dajemy światu, ludziom. A jeżeli robimy coś dobrze, i to bez względu na to, czy to jest bycia baristą, skrzypkiem, terapeutą, murarzem, elektrykiem czy informatykiem, to miło jest za swoją pracę dostać godziwe wynagrodzenie. W Polsce jest też tak, że o pieniądzach się nie mówi, albo mówi się z jakimś takim wstydem. Pamiętam jak dzisiaj sytuację, którą miałem ze swoim pracodawcą w Irlandii, gdzie byłem team leaderem w dość rozpoznawalnej myjni samochodów. Shoun bo tak miał na imię, gdy inni dostali podwyżkę, a ja chodziłem nadąsany, aż w pewnym momencie mi się ulało, i wywaliłem całą frustrację na niego, powiedział do mnie jedno zdanie. Mirek, ale dlaczego ja mam Ci płacić więcej, niż płaciłem, skoro Ty się o to nie upominasz. W moim interesie nie jest płacić Ci więcej. To było trochę jak zimny prysznic, bo zrozumiałem, że z tyłu głowy miałem takie przekonanie, że to On się powinien domyślić. Do kogo to było roszczenie z mojej strony? Do niego? Nie. To był jakiś foch małego dziecka, który nie dostał ciastka na przyjęciu urodzinowym, bo ktoś go nie zauważył.  Mówienie wprost o tym, że jestem dobry w tym co robię, i chcę za to więcej pieniędzy było dla mnie krępujące. Wtedy nauczyłem się mówić prawdę, i być szczerym w temacie kasy. I mam jakieś takie wewnętrzne poczucie, że to trochę nasze narodowe, a nie tylko moje osobiste.
Na warsztatach dotyczących biznesu Schricker powiedział jedno zdanie, które mocno ze mną zarezonowało. Było to zdanie wypowiedziane do klientki, która prowadziła biznes dotyczący terapii. Powiedział do niej mianowicie, aby powiedziała do reprezentantów swoich klientów. "Można mnie mieć tylko z fakturą". Wow ! Przełom. Ta robota to nie robota, w której jest się samarytaninem, ratującym ludzi, bo Ci którzy chcą ratować, tak naprawdę robią za dużo. Każdy sam ma się uratować. Biorąc odpowiedzialność za ratowanie kogoś, odbieramy mu siły do działania, a na siebie sami bierzemy za dużo. Tak jak dzieci, które chcą uratować swoich rodziców alkoholików, a jak im się nie uda, a oczywistym jest, że im się to nie udaje, to potem chcą ratować swoich partnerów. I tak kobieta, która miała ojca, który pił, potem bierze sobie przemocowca, który też pije, i jeszcze bije. Ot, tak to pracuje, i albo to zobaczysz, i zrobisz coś inaczej, i pokłonisz się przed losem ojca, czy też matki, jako dziecko, z szacunkiem, z respektem, albo do końca swoich dni nie zaznasz spokoju. Finito. Tu nie ma nic więcej do powiedzenia, więc stawiam kropkę. 

Ale nawiązując do pakietu programów, idąc za nomenklaturą NLP. Czy z takim oprogramowaniem, można zarabiać, i mieć kochającą rodzinę? Pytanie retoryczne, i nie zachęcam do dogłębnej dysputy filozoficznej. Raczej sugerowałbym popatrzenie na to, jak na komputer, który ma wirusa. Czy on będzie dobrze działał? Nie będzie do cholery, bo kod jest sprzeczny wewnętrznie.  

Faceci nie lubią kobiet, które chcą więcej - zwłaszcza więcej kasy. Nie lubią ich, bo one wyciągają ich z grobowca. Patrzą na nie przez pryzmat swojego gniewu. "Jestem z blacharą". Liczy się dla niej tylko dobra fura, skóra i komóra". Cholera jasna, a do czego Ty jesteś mężczyzno? Do siedzenia i ugniatania dupska w ciepłym fotelu? Twoi przodkowie, wychodzili z jaskini, albo innych swoich lepianek, i szli polować na foki, albo inne tego typu bawoły, jelenie, norki, zające czy też niedźwiedzie. I wychodzili tam, na zewnątrz do świata, i czasami spotykali się ze śmiercią twarzą w twarz, i to ich budziło, to ich trzeźwiło, bo kto nie szanuje śmierci, nie będzie szanował życia. Gdzie dzisiaj współczesny mężczyzna spotyka się ze śmiercią? Chyba w grach komputerowych, albo oglądając kolejną część "Szklanej pułapki". No nie wszyscy. Wiem. Bez generalizowania. Męskie natomiast jest w kryzysie, i nie da się tego ukrywać, ani nie zauważyć. Męskie jest w kryzysie. Wynika to z losów. Gdzieś po drodze zabrakło pradziadka, albo dziadka, więc ojciec też nie dostał tego, co miał dostać, więc nie dał synowi, bo cholera sam nie miał. Ale nie o tym tutaj piszę, aby zaliczyć grobowiec i rozłożyć ręce. Z tym da się coś zrobić, i robi się poprzez między innymi ustawienia systemowe. Jakiś czas temu w Warszawie przyjechał klient pracować ze swoją linią męską. Nic nie chciało pójść dalej. Wszyscy stali. Nie było w tym przepływu energii. Ustawiłem pradziadka, i najpierw musiało tam coś popłynąć. Cztery pokolenia wstecz. Pradziadek dotarł do swego ojca. Potem już poszło. Dziadek do swojego ojca, i ojciec klienta do swojego taty. Wtedy tato klienta odwrócił się do swojego syna, i w tych oczach była trzeźwość, była siła, była witalność, i bystrość. Klient się popłakał. Tak. Faceci są mocno poblokowani, na okazywanie uczuć, emocji, na pokazywanie swego męskiego serca, które jest pełne emocji, pełne miłości, waleczności, chęci wychodzenia na zewnątrz do świata, do tego co dzikie, do tego co pierwotnie męskie. Bo męska siła tkwi w jajach, a nie w intelektualnym onaniźmie. Męska siła tkwi w tym, co praktyczne i działa, i przynosi wymierne efekty. A zarabianie kasy, to wymierny efekt skuteczności, radzenia sobie tutaj, wśród ludzi, na ziemi. Nie kupuję duchowych guru, którzy mówią o jedności, a mają podarte spodnie na dupie. Nie kupuję mędrców, którzy mówią o swoim zawodzie jako o misji, a nie płacą własnych rachunków, czy też alimentów na swoje dzieci, nie kupuję tych, którzy odwiedzają inne galaktyki, a tu na ziemi mają rozwalone relacje z mamą, i tatą. To dla mnie nie rozwój, to dla mnie pycha, arogancja, i wywyższanie się. Kasa jest doskonałym sprawdzeniem naszej skuteczności. Kiedyś była to ilość mięsa przyniesiona żonie po polowaniu. Dzisiaj jest to ilość banknotów, które zostawiasz swojej kobiecie na dom, rodzinę, na swoją rodzinę do cholewki jasnej.  
Bębniarz, bo o nim był kawałek historii na końcu naszej rozmowy stwierdził, że nie wiedział, że mam rodzinę, i powiedział, że fajnie, że mam to zintegrowane w sobie. On nie ma dzieci, nie ma żony, nie ma kredytów, i nie ma zobowiązań. Ma inaczej. Gorzej? Lepiej? Nie wiem. To jego droga. Ma jak ma, na ten moment tak jest dla niego właściwie. I ważna informacja. Nie musisz nic zmieniać. Nie musisz nic robić. Tam gdzie jesteś, jesteś na właściwym miejscu, dla siebie. Jak sobie siedzisz na miękkiej kanapie, to sobie siedź. Któregoś dnia sprężyna z tej kanapy wbije Ci się w dupsko. Może jeszcze nie dzisiaj. Może za rok, może za dwadzieścia lat. Kiedyś się to stanie, tego jestem pewien.  

Za brakiem dostępu do kasy, stoi jeszcze mnóstwo uwarunkowań systemowych. Wymienię tylko kilka, aby pokazać ogólny pogląd, jak systemowo działa brak dostępu do pieniędzy. Może być na przykład tak, że mieliśmy brata, lub siostrę bliźniaka, który się nie urodził, i wewnętrznie mówimy do niego "albo z Tobą (będę żył) albo wcale". Czy z takiego ruchu duszy można się otworzyć na życie? Nie. Bo stoimy przy tym zmarłym, chcąc go wyciągnąć z grobu, a fakty są takie, że on nie żyje, że jest martwy. Tak samo mocno trzyma nas w zamknięciu na obfitość bycie duszą przy zmarłych, usuniętych, czy poronionych dzieciach. Czasami też bywa inaczej. Ostatnio był u mnie klient. Podczas przerwy warsztatowej wyszliśmy grupą na obiad. Wszyscy zamówili sobie coś do picia, jakieś przystawki, zupę i drugie danie. On zamówił tylko zupę. Z wdzięcznością podziękował za tą małą zupkę. On brał od życia tylko trochę. Tylko trochę umiał brać. Gdy dwie godziny później usiadł w miejscu pacjenta na warsztatach ustawień systemowych zauważyłem, że patrzył cały czas w ziemię. Zapytałem się go "ilu ich tam jest?" Popatrzył jaśniej, i powiedział tylko, że "wielu". Okazało się, że cała jego rodzina została na Syberii. Wszyscy tam umarli z głodu, wycieczenia, chorób. Wrócił tylko jego dziadek od strony ojca. Jako jedyny. Jako jedyny poniósł ogień życia dalej. Poznał jakąś kobietę. Jego babcię. Spłodził syna. Ojca mojego klienta. Mój klient patrzył na tych wszystkich zmarłych. Tam był, tam duszą został. Dopiero jak się odkleił od tych, którzy zostali i popatrzył na swojego dziadka, w którym była wola życia, niesamowita wola życia, aby przetrwać, aby przekazać życie dalej, podniósł spojrzenie z ziemi, i zaczął patrzeć przed siebie. Żywo, trzeźwo, obecnie. Potem wykonał ruch do życia, do swojej żony, do swoich planów, do swojej pracy. Tam tkwiło rozwiązanie. Czy bez tego rozwiązania ten człowiek byłby w stanie pójść dalej? Do pieniędzy, do sukcesu? Czy Ci, którzy tam zostali na Sybirze byliby szczęśliwi widząc, jak on tkwi przy nich? Czy jego dziadek, który tyle przeszedł, tyle zostawił za sobą, aby móc żyć, byłby szczęśliwy, gdyby widział swojego wnuka, który marnuje sobie życie tkwiąc przy jego zmarłej rodzinie? Gdy klient poszedł do życia, do żywych, do swojego sukcesu, reprezentanci zmarłych wzięli głęboki oddech, z ciała. Im jego ruch do życia, do sukcesu, do pieniędzy przyniósł ulgę.  

Miarą skuteczności i mega sprawdzianem tego, czy idę ku więcej, czy idę ku mniej jest to ile zarabiam pieniędzy. Niektórzy siedzą na etacie w korporacji. Często okazuje się potem, gdy ustawiamy to na warsztacie, że korporacja jest takim aktualnym obozem koncentracyjnym. Ktoś w rodzinie był w obozie, a osoba, która dzisiaj żyje trochę tkwi, w tej korporacji, tak jak w obozie tkwił dziadek, albo babcia. A ten strach przed przejściem na swoje, jest strachem związanym z wzięciem daru wolności. To oni byli w niewoli, a my wciąż nie umiemy wziąć wolności, osadzić się w tym, że jesteśmy wolni. 

Czasami słyszę też takie głosy od mężczyzn, takie głosy sprzeciwu, na zasadzie "w tym kraju tak jest, nie da się tutaj zarabiać godnych pieniędzy". Cholera jasna, co to ma być? To trochę tak, jakby kilka lat temu facet wrócił z pustymi rękami z polowania, i powiedział do swojej kobiety "Kochanie, te zające zapierdzielały za szybko, nie udało mi się ich złapać". Weź się garść, dupa w troki, i do roboty! 

Kasy, mamony, pieniędzy nie da się oddzielić od związku pary. Kiedyś były konie, dzisiaj mamy samochody, czyli mechaniczne konie. Kiedyś było ognisko na środku chaty, w której mieszkali ludzie, dzisiaj mamy pięcio palnikowe kuchenki. Kiedyś kąpaliśmy się w rzekach, jeziorach i strumykach, dzisiaj robimy to w wannie, albo pod prysznicem. Kiedyś mężczyźni chodzili na polowanie, aby przynieść kobiecie przysłowiową fokę, dzisiaj zarabiają pieniądze. Jak nie zarabiasz godnych pieniędzy, to jesteś słabym wojownikiem. I proszę nie okłamuj się. Nie dorabiaj sobie do tego jakiejś górnolotnej filozofii. To jest proste. Naprawdę bardzo proste. Możesz sobie oczywiście do tego dorobić cała furę dyrdymałów filozoficznych, i ubrać w bardzo lub mniej racjonalne twierdzenia, ale na końcu poproszę cię o jedno, jak w grze w pokera. Powiem – sprawdzam, i pokaż mi swój portfel. I zapytam się, kto płaci za Ciebie rachunki, kto płaci za gaz, prąd, wodę, telefon, kto kupuje jedzenie, ciuchy, kto płaci za Twoje wakacje. Jeżeli to nie będziesz ty, to otrzeźwiej, i odkłam się.  I pamiętaj, jak chcesz zarabiać duże pieniądze, to nie zadawaj się z gołodupcami.  

I już słyszę te głosy krytyki mężczyzn, którzy mówią, materialista, są większe i wyższe wartości niż kasa. Prymityw patrzący na życie przez pryzmat konta. Uwierz mi, że to nie prawda. Mam bogate wnętrze, ale lubię to co praktyczne i to co działa. Wzniosłe idee są piękne na wieczory przy czerwonym winie, gdzie można się upajać intelektualną dysputą, aż do białego rana, ale kolejnego dnia pomimo kaca trzeba wsadzić dwa jaja na rower, i zapie....lać do roboty. Wake Up! Życie sprawdza!

O Autorze

Nazywam się Mirosław Piotr Czarko-Wasiutycz. Urodziłem się w 1978 r. we Wrocławiu. Studiowałem Psychologię Zarządzania, i Marketing. Przez 12 lat pracowałem w mniejszych i większych firmach, a także korporacjach. Pełniłem funkcje kierownicze, dyrektorskie, ale najbardziej przypadło mi do gustu stanowisko trenera, coacha, mentora - w tym wymiarze realizuję się zawodowo. Pracuję z biznesem, i klientami indywidualnymi. Biznes wspieram szkoląc ze sprzedaży, obsługi klienta, coachingu, zarządzania, komunikacji. Przy pracy z klientem indywidualnym stosuje techniki coachingowe, i metodę Ustawień Systemowych Berta Hellingera - takie połączenie narzędzi i technik przynosi mi i moim klientom bardzo dobre efekty. Uczestniczyłem w ponad 40 warsztatach rozwoju osobistego, szkoląc się u różnych mądrych ludzi. Mam na swoim koncie ponad 3500 spotkań coachingowych, i ponad 1000 godzin spędzonych na sali szkoleniowej. Z Ustawieniami Systemowymi spotkałem się w 2005 r. Od tamtego czasu moje życie uległo olbrzymiej transformacji. Dzisiaj, po 10 latach pracy z sobą samym pomagam między innymi mężczyznom dotrzeć do ich wewnętrznej męskiej siły, którą mogą znaleźć przy swoim ojcu. Czerpiąc siłę ze zdrowych męskich korzeni pozwalam im wyciągnąć na światło dzienne, ten potencjał, który zawsze w nich drzemał, tylko czasami był przykryty kurzem zamierzchłych czasów. Kobietom pomagam dotrzeć do ich ojca, a potem powrócić w ramiona matki, do tego co żeńskie. Na terenie mojej ukochanej Polski prowadzę warsztaty Ustawień Systemowych metodą Berta Hellingera, na zaproszenie chętnie przyjeżdżam do innych krajów, prowadzić ludzi do więcej. Więcej miłości, więcej relacji, więcej pracy, więcej pieniędzy, więcej sukcesu, więcej życia w życiu. Prywatnie jestem mężem i ojcem - trójki wspaniałych dzieciaków - Aleksandra, Juli Antoniny, i Emilli Zofii.
Klientów indywidualnych przyjmuję w Kątach Wrocławskich, lub na sesjach via Skype. Na ternie Polski prowadzę również warsztaty Ustawień Systemowych. Jeżeli chcesz się umówić zapraszam Cię do kontaktu.


GRAFIK STYCZEŃ - MARZEC 2018 r




Zapisy:
M. mirekczarko@gmail.com
T. +48 781 896 147

Dane do kontaktu:
mail: info@czarko-consulting.pl
tel. 
+48 781 896 147
skype: czarko.consulting
www.czarko-consulting.pl


Jak się zapisać na warsztaty, które Cię interesują? 
a.) wybierz termin, który Ci odpowiada (grafik w linku powyżej)
b.) napisz do mnie maila na mirekczarko@gmail.com lub info@czarko-consulting.pl, albo po prostu  zadzwoń 781 896 147

To proste :)




środa, 17 lutego 2016

A miało być tak pięknie... i ch...j !

Całkiem niedawno były walentynki, i pomijając całe to zamieszanie w sieci, burzliwe rozmowy, że się komuś podoba, a komuś się nie podoba, że to sztuczne, i że ze Stanów przyszło lub przylazło, i nie nasze takie nie narodowe, to jedno dla mnie, w tym wszystkim jest pewne, i to już wiemy od dawien dawna - zakochujemy się w obrazie osoby, a nie w niej samej. 
W jakim obrazie? Ano w naszym wyobrażeniu tej osoby, a nie w realnym stojącym na czterech nogach realnym, namacalnym człowieku. I wszyscy robimy to tak samo. Zakochiwanie się w sobie nawzajem jest ludzkie. Kochanie takie na co dzień, gdy ona nie ma siły, i w papilotach nie wygląda już tak jak na pierwszej randce jest sztuką, w której wprawiamy się przez całe życie, bo życie to warsztat. Warsztat, w którym bierzemy udział 24 h na dobę, i 365 dni w roku, chyba, że akurat mamy rok przestępny, to wtedy 366 dni. I nie ma tutaj zapowiedzianych egzaminów. Są same do cholery niezapowiedziane kartkówki. Nie przyswoiłeś materiału? Kogo to obchodzi. Oblałeś, z powrotem do kolejki, i ucz się.  



Zakochujemy się w obrazie osoby, a nie w niej. To takie trudne do zrozumienia, zresztą samo zrozumienie nie wiele daje. To trzeba poczuć, niejako zorientować się wewnątrz siebie, w sobie to zauważyć. Zrozumienie wiele Ci nie da, bo zrozumienie mechanizmów to świadomość, a świadomość, to nie to samo co rozwój. Często świadomość nie idzie w parze z rozwojem. Znam mnóstwo osób, które potrafią wzbudzić w sobie samych wspaniałe górnolotne myśli, idee, impulsy, taką aurę naprawdę uniwersalnej miłości, czasami nazywanej miłością bezinteresowną. Potrafią na chwilę zaczarować w około siebie, i stworzyć w tej chwili aurę wspólnoty, przyciągania, zjednoczenia, takiego "my razem". A potem wracają do swojego życia, i mają tam rozpieprzoną relację z partnerem, jeszcze bardziej pokręcone relacje z byłym, a z matką i ojcem nie utrzymują kontaktu od 15 lat. I o czym to świadczy? O tym, że świadomość to jedno, a rozwój to drugie. Rozwój to umiejętność życia tutaj, na ziemi, a nie w jakimś Ayawascowym klimacie jedności, miłości i serca. To umiejętność radzenia sobie w materii. Zarabianie pieniędzy, które są do życia potrzebne. Zdolność do radości podczas szorowania garów, i czyszczenia zapchanego szamba na ogrodzie, zdolność do dawania wolności wyboru drugiej osobie, nie zaś kontrolowanie jej, na przeróżne znane sposoby.  

Dużo związków się rozpada. Po prostu ludzie patrzą sobie w oczy, po trzech miesiącach hormonalnego haju, i stwierdzają, że to nie to... że on czy też ona nie są miłością ich życia. Pierwsze sygnały, że coś jest nie tak przychodzą wcześnie. Ale my je ignorujemy. On za bardzo wychyla za kołnierz. Ona to widzi, ale mówi gdzieś tam w sobie, w środku "jakoś to będzie... kocha mnie, zmieni się... ostatecznie może po prostu ja przesadzam... nie można mieć wszystkiego... nie mogę przecież tego stracić... nie chce być sama..." i tak racjonalizujemy to, co oczywiste dla kogoś kto stoi z boku, i nie jest zaangażowany. Czy my w takich sytuacjach mamy w ogóle wybór? Takie są prawa miłości od pierwszego wejrzenia. Potem na ustawieniach wychodzi, że Ona celowo go wybrała, bo jej tato pił, i bił matkę. Ojca nie mogła uratować, bo była za mała, więc broniąc się przed bezsilnością, której doświadczała jako mała dziewczynka, postanowiła, że jak dorośnie to zbawi tatę. Ale taty nie da się zbawić. Tata był taki jaki był, nie był inny. Był właśnie taki jaki był. Pił, i bił, nie umiał inaczej. Czy był podłym draniem? A co to ma za znaczenie? Lubujemy się w ocenach, ale one nic nie wnoszą, bo fakty są takie, że ten podły drań to właśnie nasz tata... nikt inny, ale nie potrafimy się na to zgodzić. Więc taka mała dziewczynka, która pewnie siedzi w każdej dorosłej kobiecie, mówi wewnętrznie. Uratuje go. I bierze sobie za partnera właśnie takiego chłopa, jak jej ojciec. Po co? Po to, aby po raz kolejny przeżyć już bardziej świadomie swoją bezsilność. To na jednym poziomie, a na drugim, z czystej dziecięcej ślepej miłości. A prawda jest taka, że nikogo nie da się uratować. Nikogo nie da się kontrolować. Nikogo nie da się zbawić. Każdy do jasnej cholery musi zbawić się sam. 

Ostatnio chciała do mnie przyjść para. W konflikcie oczywiście. Zadzwoniła ona, i zaczyna od tego jaki to jej mąż jest taki i owaki, i że ona go przyprowadzi na moje warsztaty, żeby On zobaczył. Zadałem jedno pytanie. Czy mąż sam chce przyjść? Odpowiedziała, że mąż jeszcze nie wie, ale już jej w tym głowa, aby przyszedł. Kim ja miałem tam być? Kim miałem być dla tej kobiety? Miałem być jej narzędziem wymierzonym w jej męża. Jako jakiś autorytet, miałem się tam stawić, i potwierdzić, że z niego to jest kawał drania. Czy to mogłoby się udać? Nie. To nie mogłoby się udać, bo stawiłbym się tam ponad nim. A tego mi nie wolno robić.   

Stając w miejscu, gdzie widzimy drugiego człowieka jako człowieka, a nie nasze narzędzie do zaspokajania potrzeb stajemy w obliczu prawdy. W obliczu prawdy, że nie mogę go kontrolować. Nie mogę go ani zatrzymać, ani więzić, bez względu jak szczytne pobudki mogą mną kierować, jak np. uratowanie kogoś przed pójściem w śmierć. A ta prawda przeraża, a zarazem stawia nas w pełnej obecności, w pełnej obecności w chwili obecnej. Nie za tydzień, nie za rok, ale w tu i teraz. Być może to nasze ostatnie podanie sobie ręki, być może to nasze ostatnie spojrzenie temu człowiekowi w oczy, być może już go więcej nie zobaczymy, i trzeba mieć jaja, aby, w takim miejscu wystać. Nie pobiec i nie ratować, ani nie próbować zatrzymać, gdy ktoś chce odejść.

Zakochujemy się w obrazach, w oczekiwaniach, w pragnieniach, w tym wszystkim co nas pociąga a nie umiemy tego brać od matki i ojca. W miękkości i sile. W łagodności i twardym męskim szorstkim dotyku. A to wszystko czeka na nas w ramionach matki i ojca. Nawet tego najgorszego ojca. Ostatnio na warsztatach w Krakowie była pewna kobieta, która była mocno zidentyfikowana z ofiarami. Na ustawieniu wyszło, że mocno idzie w śmierć, w zabicie siebie, i w chorobę, która ją wykończy. Gdzie było zdrowie? Gdzie była jej wola walki o życie, gdzie była siła do życia? Przy sprawcach, z przeszłości i przy sprawcy z jej dzieciństwa, przy ojcu, który pił i bił. Tam znalazła siłę do zdrowia. A te wszystkie obrazy, jaki on powinien być… jak było go za mało… jak nie potrafił być idealnym ojcem niczym Bóg… to wszystko tylko broniło ją przed prawdą, o niej, o jej mamie i o tym, jaka była miłość jej mamy do jej taty. Czy ona była zdrowa? Czy ona była toksyczna. Tak, była toksyczna, była taka jaka była, właśnie taka. Nie inna. Dopiero jak klientka stanęła w pozycji dziecka do swoich rodziców, dopiero jak wzięła od tego „złego ojca” poczuła głęboką ulgę, i rozluźnienie w ciele.

Po okresie burzy hormonalnej, która ma miejsce zawsze na początku związku, gdzie patrzymy przez różowe okulary, w pewnym momencie nadchodzi taki moment, gdzie musimy się skonfrontować ze swoimi wyobrażeniami. A to boli, bo okazuje się, że ludzie są ludzcy, z wadami, ze swoimi słabościami, ze swoimi wzlotami i upadkami, po prostu ludzcy. Nie są wyjątkowi, będąc jednocześnie wyjątkowymi, w swojej ludzkiej naturze. Są takie osoby, które zrobią wszystko, aby ta fatamorgana nie opadła, aby wzniecić kurz, aby znów nie było nic widać. Aby sprowokować kłótnie, w której znów mogą coś mocniej poczuć, bo codzienność i rutyna ich przeraża. Stworzą sobie alter świat. Nauczą się doskonale okłamywać siebie, a prawda zazwyczaj jest prosta i oczywista, i przed naszymi oczami. On jest taki jaki jest. I ja nie mam wpływu na to jaki jest, i co zrobi. Ja jestem taka jaka jestem, i on nie ma wpływu na to co ja zrobię. Aby dać wolność partnerowi, najpierw trzeba samemu zgodzić się na swoją wolność.
  
Świadomość schematów, w jakie jesteśmy uwikłani to nie to samo co przepracowanie schematu. Mogę mieć świadomość, że druga osoba nie jest moją własnością, i nie mogę od niej wymagać, aby np.. Była mi wierna. Hellinger mówi, że wierności nie można wymagać, że nie można jej oczekiwać, mówi, że wiernością obdarowuje się drugiego człowieka, jako czymś co się samemu posiada. I wierność można komuś dać w prezencie. A czy ktoś też da nam swoją wierność. Tą fizyczną, tą emocjonalną, czy zdradzi? To już jego decyzja. Drugi człowiek nie jest naszą własnością. Jak nie da, nie potrafi obdarować, to decyzja, co robić dalej. Powstaje potrzeba wyrównania, ta potrzeba nie zaspokojona rozwala związek.

Prawda jest taka, że każdy potencjalnie może robić co chce, z kim chce, kiedy chce, i o tej porze, kiedy mu się żywnie podoba. Nie mamy wpływu na drugiego człowieka. Znaczy możemy nim manipulować. Zarzucać słowami na jego percepcję siatki, różne obrazy, różne pułapki, komunikując się nie wprost. Zakładając pieczęci hipnotyczne. Powtarzając pewne zwroty i słowa, jak mantry. Możemy wchodzić ze swoimi butami w jego sen, o nas, o świecie, o pragnieniach. Pięknie o tym mówi film z Leonardem Di Caprio - Incepcja. Można się tego nauczyć w warsztatach NLP. Kodowania, budowania meta obrazów, używania metafor, działań podprogowych. Cały rynek jest pełen tego rodzaju usług. Lecz powiem Wam, że z mojego doświadczenia to wszystko jest gówno warte... dlaczego? Dlatego, że to wszystko gdzieś tam na samym spodzie podszyte jest strachem. A to co wynika ze strachu, zawsze na końcu przyniesie także strach.  
Ostatnio zgłosił się do mnie klient. Powiedział, że chce się zabrać za temat przed, którym uciekał przez całe swoje dorosłe - już świadomie - życie. Uciekał przed swoją mamą. Powiedział, że już był na wszystkich szkoleniach z zakresu podrywania kobiet, wpływania podprogowo na ich decyzje, rozkochiwania ich w sobie, był na warsztatach tantry, gdzie uczył się być doskonałym kochankiem. I stwierdził na koniec, że faktycznie to wszystko jest skuteczne. Działa. Daje mu poczucie kontroli nad tym co się dzieje w relacji. Tylko za każdym razem, po jakimś czasie on i tak w tej relacji ucieka. I jak już znajdzie jedną kobietę, to chce następną, bo nie może być z jedną. Przeprowadziliśmy sesję indywidualną, a potem przyjechał na warsztat. Co się okazało? Okazało się, że miał siostrę, o której nikt nie mówił, a może nawet nikt nie wiedział. I przez całe życie szukał jej, w innych kobietach. Tak to się dzieje, tak to wychodzi na ustawieniach systemowych. Facet przez prawie 40 lat czuł za kimś, za czymś ogromną tęsknotę. Tą dziurę w sobie próbował sobie wypełnić, pracą, kochankami, alkoholem, kolejnymi związkami, i wszystko zmierzało w jednym kierunku... nad przepaść, aż w końcu się obudził. Aż w końcu znalazł w sobie, to co było zagubione, wykluczone, zapomniane. Znalazł to w sobie. Poczuł głęboki spokój. Uczucia zablokowania dostępu do mamy puściły, uczucia złości na mamę, puściły, uczucia osamotnienia, odcięcia, ciągłej potrzeby biegu puściły. Bo to wszystko było nie do końca jego, to wszystko przejawiało się w nim jako żywe, jako prawdziwe, bo takie to dla niego było, ale to wszystko było nie jego. Tą postawą, tymi zachowaniami wprowadzał w system to co wykluczone.

Klienci często się mnie pytają co to znaczy zając swoje miejsce. Zajmowanie swojego miejsca łączy się z poczuciem lekkości w ciele, z poczuciem przepływu, z poczuciem niesienia tylko swoich ciężarów, a swoje ciężary są do uniesienia, są stymulujące do działań, do życia, do tego gdzie jest więcej. Jak natomiast stoisz w nie swoim miejscu, to jest Ci zbyt ciężko. Sukces wyrywasz paznokciami drapiąc do krwi w skale. Nie masz siły żyć, nie masz siły iść do więcej. Tak objawia się stanie w nie swoim miejscu.   

Zakochujemy się w obrazie osoby, a nie w niej samej. Uczymy się tworzyć obrazy, manipulować obrazem, można się tego nauczyć, ale to wszystko co wynika z manipulacji zawsze na dnie podszyte jest strachem. Carlos Castaneda, w swoich książkach o Don Juanie pisał, że jest czterech naturalnych wrogów naszego wzrostu. Pierwszym z nich jest strach. Drugim jest widzenie. Trzecim jest moc. A czwartym jest starość.  


Świadomość wzorców, w które jesteśmy uwikłani to jedno. Rozwój, czyli umiejętność czy tez przepracowanie wzorca to drugie. Mogę mieć tak jak pisałem świadomość, że drugi człowiek nie jest moją własnością, ale mogę nie umieć tak żyć, jakby on nie był moją własnością, bo w każdej sytuacji, która potencjalnie w moich odczuciach wiąże się potencjalnie ze zdradą, mogę zachowywać się tak, jakbym gdzieś w środku miał taki wewnętrzny przymus np.. Kontrolowania tej drugiej osoby. Oczywiście jesteśmy mistrzami okłamywania samego siebie. To umiemy doskonale. Wmawiamy sobie, że zadzwonimy, lub przyjedziemy do naszego partnera, który jest na spotkaniu, aby się z nim spotkać, z nagłej niepohamowanej tęsknoty, ale tak naprawdę chcemy wiedzieć co robi, z kim, o której porze, i czy przypadkiem tam, gdzie on jest nie ma nikogo, kto by zagroził naszemu status qwo 

Możemy mieć świadomość tego, że drugi człowiek jest wolny, w swoich decyzjach, ale nie mamy przepracowanego wzorca bycia wolnym, samemu ze sobą. Nie potrafimy się otworzyć na swoją wolność. Czasami oczekujemy, żeby ktoś zaakceptował naszą wolność, ale my jego wolności nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Dajemy sobie prawo do bycia wolnym, w relacji, ale drugiemu człowiekowi nie chcemy pozwolić na tą wolność.  

Czasami po kilku, kilkunastu latach życia razem, jak ma się już za sobą porozpuszczane te złudzenia, iluzję i oczekiwania, widzimy siebie nawzajem. Patrzymy sobie w oczy, i we wnętrzu duszy mówimy trzy magiczne słowa. „Tak, Proszę, Dziękuję”. Tak mówimy to partnera takiego jakim on jest, do jego osobistych historii, jego losu, jego ciężarów, i potencjałów. Proszę mówimy, bo wchodząc w relacje otwieramy się, przed tą drugą osobą, w tym proszę jest pokora, i prośba też o akceptację. A w Dziękuję jest między innymi to, że jest, bo nie musiał być, w każdej chwili mógł zrobić inaczej.

O Autorze

Nazywam się Mirosław Piotr Czarko-Wasiutycz. Urodziłem się w 1978 r. we Wrocławiu. Studiowałem Psychologię Zarządzania, i Marketing. Przez 12 lat pracowałem w mniejszych i większych firmach, a także korporacjach. Pełniłem funkcje kierownicze, dyrektorskie, ale najbardziej przypadło mi do gustu stanowisko trenera, coacha, mentora - w tym wymiarze realizuję się zawodowo. Pracuję z biznesem, i klientami indywidualnymi. Biznes wspieram szkoląc ze sprzedaży, obsługi klienta, coachingu, zarządzania, komunikacji. Przy pracy z klientem indywidualnym stosuje techniki coachingowe, i metodę Ustawień Systemowych Berta Hellingera - takie połączenie narzędzi i technik przynosi mi i moim klientom bardzo dobre efekty. Uczestniczyłem w ponad 40 warsztatach rozwoju osobistego, szkoląc się u różnych mądrych ludzi. Mam na swoim koncie ponad 3500 spotkań coachingowych, i ponad 1000 godzin spędzonych na sali szkoleniowej. Z Ustawieniami Systemowymi spotkałem się w 2005 r. Od tamtego czasu moje życie uległo olbrzymiej transformacji. Dzisiaj, po 10 latach pracy z sobą samym pomagam między innymi mężczyznom dotrzeć do ich wewnętrznej męskiej siły, którą mogą znaleźć przy swoim ojcu. Czerpiąc siłę ze zdrowych męskich korzeni pozwalam im wyciągnąć na światło dzienne, ten potencjał, który zawsze w nich drzemał, tylko czasami był przykryty kurzem zamierzchłych czasów. Kobietom pomagam dotrzeć do ich ojca, a potem powrócić w ramiona matki, do tego co żeńskie. Na terenie mojej ukochanej Polski prowadzę warsztaty Ustawień Systemowych metodą Berta Hellingera, na zaproszenie chętnie przyjeżdżam do innych krajów, prowadzić ludzi do więcej. Więcej miłości, więcej relacji, więcej pracy, więcej pieniędzy, więcej sukcesu, więcej życia w życiu. Prywatnie jestem mężem i ojcem - trójki wspaniałych dzieciaków - Aleksandra, Juli Antoniny, i Emilli Zofii.
Klientów indywidualnych przyjmuję w Kątach Wrocławskich, lub na sesjach via Skype. Na ternie Polski prowadzę również warsztaty Ustawień Systemowych. Jeżeli chcesz się umówić zapraszam Cię do kontaktu.



Dane do kontaktu: 
mail: mirekczarko@gmail.com 
tel. +48 781 896 147 
skype: czarko.consulting 
Na Facebooku prowadzę grupę Kobieta i Mężczyzna do, której serdecznie Cię zapraszam.
https://www.facebook.com/groups/1635773963339541/?fref=ts

GRAFIK STYCZEŃ - MARZEC 2018 r



Zapisy:
M. mirekczarko@gmail.com
T. +48 781 896 147



poniedziałek, 4 stycznia 2016

środa, 2 grudnia 2015

Tylko będąc dzieckiem, można być niewinnym!

Zapraszam do śledzenia na FB, w Grupie "Kobieta i mężczyzna"


Niewinne są tylko dzieci, a ten kto w relacji pary chce zostać dzieckiem, będzie oczekiwał od swego partnera tego, czego oczekiwać mu po prostu najzwyczajniej w świecie nie wolno. Będzie oczekiwał zaopiekowania się nim. Dawania mu ponad miarę. Brania pełnej odpowiedzialności za relacje. Brania pełnej odpowiedzialności za to, jak ten pierwszy się czuje. Brania pełnych konsekwencji za decyzję niewinnego. Czasami, aby utrzymać taki stan rzeczy, będzie robił mu pod czaszką galaretę. Oczywiście zarówno wśród mężczyzn znajdą się tacy, którzy bardzo, ale to bardzo chętnie staną w miejscu tatusia lub mamusi, i będą dawać pełną garścią, jednak jak doświadczenie moje pokazuje – to wszystko do czasu, bo prędzej czy później takie zakłócenie porządku musi gdzieś wybić, tak jak wybija szambo na nasz piękny angielski trawnik. Gówno z papierem toaletowym zapląta się wśród pelargonii i żonkili w naszym ogrodzie miłości. Miało być razem, miało być tak pięknie, miłość po wsze czasy, ale miłość bez rozsądku, miłość bez porządku się po prostu nie udaje – jak to pięknie ostatnio gdzieś przeczytałem. Więc te wszystkie piękne historie o rycerzach, księżniczkach, białych koniach, czas wreszcie do cholery jasnej odłożyć na ich właściwą półkę z napisem – baśnie i wyobrażenia, którymi byłem karmiony jako dziecko. Czasami to trudne, bo te baśnie są również obecne w naszych życiach codziennych, w pisemkach pt. Pani w domu, albo Życie na patelni – w sensie na Gorąco. Gorąco musi być, bo inaczej się nie sprzedaje. Prawda jest zbyt mało porywająca. Marzenia są w promocji i płacimy za nie podwójnie. Po raz pierwszy wyciągając pieniądze z portfela, po raz drugi własnym życiem.



Niewinne mogą pozostać tylko dzieci. Niewinny mogę pozostać, tylko pozostając dzieckiem, tylko do cholewki, im dalej w las tym trudniej to sobie wytłumaczyć, bo już włosy na klacie urosły, dzieci mleko spod nosa mają wytarte, pojawiają się siwe włosy, a ja ciągle, tak jakby trochę obok tego życia.
Chcąc pozostać dzieckiem w relacji z partnerem, nie chcemy dorosnąć, nie chcemy widzieć świata, życia, relacji, pracy, takimi jakie są, tylko takimi jakie chcemy, aby były. Iluzja musi się roztrzaskać o betonowe ściany rzeczywistości. Nie ma innego wyjścia. Dlatego niektórzy klienci się na mnie wściekają, bo niszczę im ich klocki, które tak skrzętnie układali. Niektórzy pytają się mnie podczas ustawienia, czy mogą zgłosić veto! Tak naprawdę, to nie do mnie ten ich sprzeciw, nie do mnie ten ich bunt, to bunt w stosunku do rzeczywistości, a ja jestem tam tylko wieszakiem, na którym można na chwilę powiesić płaszcz z metką „Made in fabryka buntu małego dziecka”. Przepuszczam to przez siebie. Porządki to nie moja zasługa, ja ich nie stworzyłem, one są nam dane, i tutaj w tym miejscu klękają na kolana założenia NLP, które mówią, że wszystko jest możliwe. Inny temat, kiedy indziej o tym.



Więc wiemy już, że w relacji, aby się udała nie można pozostać niewinnym. Trzeba umieć wziąć swoją odpowiedzialność, a z odpowiedzialnością jest tak, że ona jest, bez względu na to, co na jej temat myślimy. Każdy ruch, każdy krok, jest jak kamień wrzucony na taflę jeziora. Każda decyzja powoduje konsekwencje. Czasami nawet nie wiemy jakie, i to może być przerażające – zwłaszcza dla dziecka. Wyjścia innego jednak nie ma moi drodzy. Takie jest życie. Każda decyzja powoduje konsekwencje. Czasami jednak zachowujemy się, tak jakbyśmy to my decydowali o tym, czy konsekwencje będą miały miejsce, czy nie będą miały miejsca. Tak, jakby były decyzje dobre, i złe, ale my chcielibyśmy mieć swój udział tylko w tych dobrych. Ktoś kiedyś powiedział, że „sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą”. Trochę tak właśnie jest. Chcemy sukcesu, a nie chcemy porażki. Chcemy być głaskani, a nie chcemy dostać batów. Czy tak się da? Czy z takim podejściem może się udać? Czy z takim podejściem możemy się czegoś, w życiu nauczyć? Ten ruch, takie podejście może mieć korzenie w naszym braku zgody na to, co dostaliśmy od naszej mamy, i od naszego taty. Zgadzamy się na nich, w połowie, albo w jakiejś tylko części, w tej świetlistej, w tej miłej, w tej dobrej, to co dla nas trudne chcemy wyprzeć, a im bardziej cholera jasna chcemy to wyprzeć, tym bardziej to „coś”, ten cień puka do naszych drzwi. Jak długo zamierzasz udawać, że nie ma Cię w domu, słuchając pukania do swoich drzwi?



Czasami ludzie udają przez całe życie. Ktoś w ich życiu pojawia się, próbuje coś pokazać, czasami coś trudnego, co robimy wtedy zazwyczaj? Wynocha ! Won ! Nie chcę Cię widzieć ! – krzyczymy. A tym samym odbieramy sobie możliwość zobaczenia tego w sobie, i tym samym odsuwamy się od życia takiego jakie jest. Chcemy snu, wolimy śnić, nie chcemy się obudzić, wydaje nam się, że pobudka będzie bolesna, ale musimy wiedzieć, i mówię to z własnego doświadczenia. Najpierw może i boli, może i czasami jest wielki strach, czasami wielki lęk – oczywiście dla naszego małego dziecka, które nie chce widzieć, woli sobie wyobrażać, i żyć w swoim świecie – może najpierw boli, może i są łzy, ale potem, zaraz za rogiem czeka wielki spokój, i siła, i taki jasny wzrok, jasne spojrzenie, przenikliwe do granic możliwości, trzeźwe, mające kontakt z tym co jest, takim jakie jest, a nie jakim chciałbym, aby było. Prawda leczy, iluzja odbiera siły na drodze ku więcej – więcej relacji, więcej miłości, więcej pracy, więcej życia, więcej znajomości, więcej pieniędzy, więcej odpowiedzialności, więcej siły. Na ustawieniach systemowych jeżeli jest mi to dane, to prowadzę ludzi, zgodnie z tym ruchem ku więcej.
Niewinność należy odłożyć wśród baśnie. Na właściwą jej półkę z książeczkami dla dzieci. Czy znacie takich ludzi, którzy ciągle pozostają niewinni? Tam zawsze winny jest ktoś inny. Tam zawsze można usłyszeć, te piękne, i jakże ujmujące historie o tym, jak ktoś taką osobę skrzywdził. Tam też zawsze pojawia się osoba, która chce tej osobie coś zabrać. Szczęście, szacunek, pieniądze, zdrowie, tym bardziej uduchowionym zdarzają się ataki energetyczne, próby przejęcia nad nimi kontroli, wykorzystania ich. Wiecie co? To nic innego jak ich cień pukający do ich drzwi, a Oni wciąż udają, że nikogo nie ma w domu.



Wake UP ! pobudka, już nie jesteś dzieckiem. Nawiązując do brania tylko tego co dobre, co nam wydaje się dobre, i do niechęci brania tego co złe, co nam wydaje się złe, w naszych rodzicach. Nie da się tak brać! Znaczy da się, ale trzeba stać wtedy przed własnymi rodzicami na palcach. Jak to jest? Już pisałem, o tym. Jeżeli siedzisz, to powstań. Zróbmy ćwiczenie. I stań na palcach, a ja w tym czasie idę zrobić sobie kawę, i poczytać książkę. Ty stój na palcach, nie stawaj na całą stopę. Stój na palcach. Takie właśnie ćwiczenie zrobiłem ostatnio z klientem. Wytrzymał, kilka minut, potem zrezygnował, bo bolało. A czy gdyby nie bolało, gdyby to było przyjemne zrezygnowałby? Pewnie nie. Pewnie stałby jeszcze bardziej chętnie. Musi boleć, bo miejscem dziecka w systemie rodziny pochodzenia, jest bycie małym, przy mamie i tacie. Zakłóceniem porządku systemowego, jest wywyższanie się ponad własnych rodziców, i to musi powodować trudne konsekwencje. Życie nas uczy, uczy w każdej chwili, w każdym momencie, trzeba tylko zachować swoistą uważność. Stanie na palcach przed własnymi rodzicami męczy. Bo fakty, bez względu na ich interpretacje są takie, że to Oni byli przed nami, a nie my przed nimi, to oni nam dają, a my bierzemy, to oni są duzi, a my mali. Czasami mamy różne obrazy w głowie na ten temat. Wydaje nam się, że w ten sposób uchronimy się od złego, od bycia dokładnie takim samym jak oni, i paradoksalnie dopiero w tej zgodzie, w wewnętrznej zgodzie, że jestem taki sam, taka sama - jest siła na to, aby móc w swoim życiu zrobić inaczej. Gdy proszę klientów, aby powiedzieli do mamy, lub taty – jestem taki sam jak Ty. Dokładnie taki sam. Czują opór, czują strach, ale po chwili sami przyznają, że chcieli przed tym uciec. A wiecie co się dzieje, jak uciekamy przed czymś? To nas goni! Ot cholera, i jeszcze nie chce się odczepić!



Umysł czasami każe uciekać. Ma takie przekonanie, że nas ochroni, przed tym co straszne. Przed tym co boli, co trudne, przed śmiercią, przed chorobą, przed odpowiedzialnością, przed naszą winą, i przed konsekwencjami. Ostatecznie idąc tą ścieżką, uciekamy przed życiem. Bo życie w swojej pełni, to to co miłe i przyjemne, i to co czasami dla nas trudne, a to co trudne jest po to, abyśmy urośli. Nie fizycznie, bo Włochy na klacie, i kurze łapki pod oczami mamy wszyscy, ale wewnętrznie czasami pozostajemy dziećmi, patrzącymi z tęsknotą na półkę z bajkami. Czas zamknąć te drzwi, czas wstawać, życie wzywa, otwórz oczy, i patrz, czuj, nie myśl, po prostu popatrz w siebie i czuj swoim ciałem, smakuj, płacz, śpiewaj i tańcz. Życie to całość, a nie tylko rodzynki w misce z bakaliami – kropka.

W kolejnej części, będzie ciąg dalszy. Będzie o drugiej stronie, o tym, który w relacji chce pozostać większy.


GRAFIK STYCZEŃ - MARZEC 2018 r



Mirosław Czarko-Wasiutycz
Coach systemowy, Coach personalny,
Trener Biznesu, Menadżer.
O Autorze

Nazywam się Mirosław Piotr Czarko-Wasiutycz. Urodziłem się w 1978 r. we Wrocławiu. Studiowałem Psychologię Zarządzania, i Marketing. Przez 12 lat pracowałem w mniejszych i większych firmach, a także korporacjach. Pełniłem funkcje kierownicze, dyrektorskie, ale najbardziej przypadło mi do gustu stanowisko trenera, coacha, mentora - w tym wymiarze realizuję się zawodowo. Pracuję z biznesem, i klientami indywidualnymi. Biznes wspieram szkoląc ze sprzedaży, obsługi klienta, coachingu, zarządzania, komunikacji. Przy pracy z klientem indywidualnym stosuje techniki coachingowe, i metodę Ustawień Systemowych Berta Hellingera - takie połączenie narzędzi i technik przynosi mi i moim klientom bardzo dobre efekty. Uczestniczyłem w ponad 40 warsztatach rozwoju osobistego, szkoląc się u różnych mądrych ludzi. Mam na swoim koncie ponad 3500 spotkań coachingowych, i ponad 1000 godzin spędzonych na sali szkoleniowej. Z Ustawieniami Systemowymi spotkałem się w 2005 r. Od tamtego czasu moje życie uległo olbrzymiej transformacji. Dzisiaj, po 10 latach pracy z sobą samym pomagam między innymi mężczyznom dotrzeć do ich wewnętrznej męskiej siły, którą mogą znaleźć przy swoim ojcu. Czerpiąc siłę ze zdrowych męskich korzeni pozwalam im wyciągnąć na światło dzienne, ten potencjał, który zawsze w nich drzemał, tylko czasami był przykryty kurzem zamierzchłych czasów. Kobietom pomagam dotrzeć do ich ojca, a potem powrócić w ramiona matki, do tego co żeńskie. Na terenie mojej ukochanej Polski prowadzę warsztaty Ustawień Systemowych metodą Berta Hellingera, na zaproszenie chętnie przyjeżdżam do innych krajów, prowadzić ludzi do więcej. Więcej miłości, więcej relacji, więcej pracy, więcej pieniędzy, więcej sukcesu, więcej życia w życiu. Prywatnie jestem mężem i ojcem - trójki wspaniałych dzieciaków - Aleksandra, Juli Antoniny, i Emilli Zofii.
Klientów indywidualnych przyjmuję w Kątach Wrocławskich, lub na sesjach via Skype. Na ternie Polski prowadzę również warsztaty Ustawień Systemowych. Jeżeli chcesz się umówić zapraszam Cię do kontaktu.


Dane do kontaktu: 
mail: mirekczarko@gmail.com 
tel. +48 781 896 147 
skype: czarko.consulting 
Na Facebooku prowadzę grupę Kobieta i Mężczyzna do, której serdecznie Cię zapraszam.
https://www.facebook.com/groups/1635773963339541/?fref=ts


Zapisy:
M. mirekczarko@gmail.com
T. +48 781 896 147